Miękko zapadając się w świeży śnieg, idziemy po kolejną pieczątkę w projekcie „Zdobywając cesarstwo – Igła Wędrowca Gór Harcu“.
Miękko, biało, cicho - pierzynka puchu zasypała świat, spowiła lasy, otuliła suche trawy, zaprószyła ludzkie drogi.
Pieczątka numer 222 jest ostatnią w książeczce. Znajduje się niedaleko miejscowości Wettelrode, tuż obok kopalni pokazowej Röhrigschacht, na terenie dawnych szybów wydobywczych, w sercu historycznego krajobrazu górniczego południowo-wschodnich przedgórzy Harcu. To tutaj od wieków wydobywano miedziowe łupki, tu mężczyźni okolic schodzili się do trudnej i niebezpiecznej pracy. Budka z pieczątką stoi pośród zrekonstruowanych wejść do szybów, wind, koła młyńskiego i powietrznego pieca. W oddali widać górnicze hałdy, krajobraz pomimo śniegu iście surrealistyczny.
W 1987 roku, na terenie jeszcze działającej kopalni, otwarto Muzeum Górnictwa, przeczuwając zbliżający się jego kres. Do dziś można zapoznać się w nim z 800-letnią historią wydobycia łupków, jak również z genezą tych złóż, geologią, mineralogią, górniczymi maszynami, środkami transportu, mechanizacją urabiania oraz urządzeniami służącymi do wentylacji i odwadniania. Cztery lata później kopalnię przekształcono w pokazową i dziś, wraz z przewodnikiem, można zjechać na głębokość 283 metrów, by kolejką dojechać do pokładów łupków na terenie górniczym z XIX wieku.
Wbijamy stempel i z niedowierzaniem wpatrując się w hałdy, ruszamy w kierunku pieczątki numer 209. Wiedzie do niej prosta droga, przystosowana również dla osób na wózkach. Jaki miły gest! Jaki ważny! Na końcu, w zrywającej się śnieżnej wichurze, majaczy Wieża Moltkego, a pod nią budka gastronomiczna. Wieża jest otwarta, wchodzimy więc z lekką obawą, że drzwi za moment mogą zostać zamknięte. Przed lokalem stoi samochód, wygląda, jakby jego właściciel był w środku i coś wyładowywał. W wieży, pod schodami, okryte szmatką, stoją skrzynki z napojami. Oby, gdy dojdziemy na górę, człowiek ten nie zamknął drzwi i nie odjechał w białą dal.
Kręconymi schodami docieramy do metalowych drzwi i mężczyźni urządzają mi mały spektakl. Jeden każe stanąć tuż pod nimi, drugi uchyla je lekko, by dać je sobie wydrzeć. W szaleńczym tempie wyrywają się z dłoni i z głuchym hukiem uderzają o mur. Świszczy i duje, wiatr podrywa z podłogi płatki śniegu, a nam ukazuje się szachownica krajobrazu podgórza Harcu.
W drodze powrotnej dajemy się wciągnąć wąskiej ścieżynce w puszysty las. Idziemy przed siebie, ślizgając się od czasu do czasu. Zwiodła nas zbyt daleko, a gdy skręcamy, sądząc, że tą drogą dotrzemy do traktu, wychodzimy w to samo miejsce. Zatoczyliśmy koło, straciliśmy orientację i uśmiechnęliśmy się do tej czarownej chwili.
Wieży Moltkego rzucamy ostatnie spojrzenie. Milczy, podobnie jak hrabia, którego nazwisko nosi. Helmuth von Moltke (1800-1891) znany jako „Wielki Milczący”, był pruskim feldmarszałkiem, który jako szef sztabu generalnego odegrał kluczową rolę w II wojnie o Szlezwik, wojnie austriacko-pruskiej oraz francusko-pruskiej, przyczyniając się do zwycięstw Niemiec. Wieżę wybudował w 1903 roku odział Klubu Harz z pobliskiego Sangerhausen. Podobno od 2007 roku, w każdy jedenasty dzień marca, odbywają się pod nią uroczystości upamiętniające jego prawnuka, niemieckiego bojownika ruchu oporu Helmutha Jamesa hrabiego von Moltke (1907-1945). Kto wie, czy nie pokusimy się tego roku o sprawdzenie tej informacji?
Szesnaście kilometrów dalej, na tle romantycznej ruiny zamku Grillenburg, znajduje się pieczątka numer 208. Budowla w dolnej części wzniesiona jest z dużych, rustykalnych, ciosanych bloków, które można przypisać romańskim fortyfikacjom, natomiast górną część dobudowano z cegły w XIV wieku. Pierwszy raz wzmiankowano ją w 1217 roku jako o „ Burgu Grellenberch”, strzegący rzeki Mulde. Podobno waśnili się o nią biskupi halbersztadzcy, szczególnie biskup Albrecht II Brunszwik, z władcami regionu Harcu. Ostatecznie ci ostatni, a konkretnie hrabiowie Mansfeld, zdobyli ją w 1362 roku. Cztery lata później zamek należał do księcia Magnusa z Brunszwiku, który sprawował stąd prawa patronackie nad opactwem Sittichenbach. W 1485 roku przeszedł w ręce elektora Ernesta Saskiego, by następnie powrócić do Mansfeldów. Później, co najmniej od 1483 roku, rezydowali wasale, panowie z Morungen. Niecałe sto lat później znajdowało się tu saksońskie puste lenno i od tego momentu uznaje się go za opuszczony.
Stromym podejściem docieramy do budki z pieczątką. Od dołu zamek jest imponujący, nawet, jak na ruinę. Ceglane mury tchną potęgą, a dwie wyrwy robią wrażenie. Jedna, otulona bluszczem, jakby lekko pulsowała życiem.
Z białej tablicy przytwierdzonej do drzewa dowiadujemy się, że 20 lipca 1860 roku przebywał tu filozof Nietzsche. Podczas wyprawy usłyszał snutą przez wujka miłosną historię. Właściciele zamku mieli uprowadzić małżonkę grafa von Mansfeld. Zrozpaczony mężczyzna przebrał się za trubadura i objeżdżał okoliczne zamki, śpiewając pod murami każdego pieśń znaną jego ukochanej. Gdy dotarł do Grillenburga i zanucił melodię, odpowiedział mu znajomy głos. Uradowany powrócił do Mansfeld, zebrał mężczyzn i pod osłoną nocy napadł na Grillenburg, odzyskując najcenniejszy skarb – swoją ukochaną.
Ostatnią pieczątkę zdobywamy w zimnie i rozpoczynającej się śnieżycy. Niebo rozpościera wieczorny spektakl barw, jasność przechodzi w ponurą ciemność, świszczy wiatr, mróz szczypie w skórę, a pod nogami chrzęści lód pomieszany ze śniegiem. Dzielnie maszerujemy do rozstaju dróg, do ławki pod dębem, do budki z pieczątką mijając zgromadzone w kupę bizony. Podobno jest tutaj rezerwat dzikich zwierząt, podobno jest to największe stado w Niemczech, jednak pogoda i chłyst mroźnego powietrza sprowadzają nasze zmysł do jednego punktu – horyzontu owitego tajemniczym światłem. Żegna się z nami Harc wyjątkowo, soczyście i na bogato, serwując lodowate „do widzenia”. Czas na powrót do rzeczywistości. Czas na nowy rok życia:)