Obiecaliśmy
Manfredowi, że się zgłosimy - i się zgłosiliśmy.
Manfred zaproponował spotkanie w Barnim Panorama w Wandlitz o jedenastej.
Jesteśmy punktualni. Manfreda jeszcze nie ma. To znaczy, był - jak informuje nas pan przy kasie. O czymś zapomniał, ale zaraz wróci. Biletu wstępu nie musimy kupować. Jesteśmy jego gośćmi. Oprócz nas jest jeszcze para, która również weźmie udział w oprowadzaniu po wystawie z okazji 90. urodzin artysty. Manfred świętował 18 czerwca w gronie około siedemdziesięciu osób, jak mówi. Najlepszą niespodzianką był muzyk grający na dudach.
Wystawa Manfreda zajmuje całe górne piętro. Przestrzeń i świetnie oświetlone obrazy. Najpierw zatrzymujemy się przy życiorysie. Dzieciństwo w Vogtlandzie, artystyczne kierunki szkolne, nauka u profesora Gerhardta Ruprechta i całe zawodowe życie związane ze sztuką. Kierownik ds. reklamy w państwowym przedsiębiorstwie handlowym (HO) w Bernau, kierownik ds. projektowania wnętrz w dyrekcji okręgowej HO we Frankfurcie nad Odrą.
Po zmianie systemu dalej zajmował się reklamą, ale już na własny rachunek.
Po przejściu na emeryturę – malarstwem.
Od dwudziestu sześciu lat eksperymentuje na płótnie, igra z formami i strukturami – każe dotykać obrazów, które powstały przez wylanie farby na chropowatą powierzchnię.
„Niepowtarzalne”.
Na krótko zatrzymuje się przy swoim pierwszym obrazie „Forest”, jedynym, którego nie można kupić. A potem biegnie do drugiego: projektu obrazu, który w oryginale zawisł w gabinecie premiera Brandenburgii, Dietmara Woidkego. Manfred mówi o nim jak o swoim przyjacielu. Że zamówił parę obrazów do gabinetu, że zapłacił za nie z własnej kieszeni, że ma się też pojawić na wystawie, która trwa do końca sierpnia. A później zachwyca się pomysłem zawieszenia jego dzieł na skos i idealnym oświetleniem z góry.
Dochodzimy do dwóch kolorowych, przytulonych do siebie nagich kobiet. Zobaczył je kiedyś onkolog. Kupił u Manfreda kolorowe obrazy, które zawisły w korytarzu jego przychodni. Specjalizował się w leczeniu raka piersi. Mówił, że musi zmienić wystrój z poważnego na barwny. I że przy drzwiach wyjściowych miał zawisnąć właśnie ten obraz. Manfred do dziś nie jest pewien, czy to był dobry pomysł. Zdrowe, jędrne ciało i kobiety z diagnozą, która nie zawsze dawała nadzieję na wyleczenie.
Do obrazu z wypływającym z morskiej fali statkiem Manfred podchodzi energicznie. Obraz „Lód na oknie” jest przypadkową, a jednak doskonale uformowaną strukturą. „Ogień w lesie I” przeraża towarzyszącą nam kobietę, która stwierdza, że aktualnie byłby to bardzo nieudany prezent. Próbuję jej pesymistyczne myśli skierować na sztukę - na alegorię jesieni, na przykład, trochę wbrew tytułowi. Może jest październik i liście płoną kolorami? Nie udaje się jednak. Kobieta jest lekko wstrząśnięta.
Sytuację łagodzi dama z Amsterdamu, obraz pt. ”Przerwa na papierosa”. Manfred mówi, że zobaczył ją w kawiarni i nie mógł oderwać od niej oczu. Pyta, czy wiemy, skąd się wzięły białe plamy na jej twarzy.
„Miała na głowie ażurowy kapelusz, a słońce igrało na policzkach”.
„Na pewno już nie żyje” – dodaje po chwili.
Między obrazami stoją dekoracje w gablotach. Ukłon w stronę dawnego zawodu. Podobne obiekty widzieliśmy w jego ogrodzie. Jakby bawił się życiem. Roztrzaskiwał jego powagę na zabawne elementy włożone w nieoczekiwany kontekst.
Wszędzie na wystawie widzę żółć. Lubię ją w obrazach. Wyostrza świat, przyciąga wzrok, definiuje atmosferę. Jeden z obrazów zdaje się być zamaszyście zamalowanym właśnie na żółto płótnem. Dopiero po chwili długie ruchy pędzla układają się w konkretny kształt wazonu z bukietem żółtych kwiatów. Prześladuje mnie do dziś.
Żegnamy się z Manfredem tak samo nieoczekiwanie i nagle, jak się z nim witaliśmy. Wychodzimy wspólnie z budynku, a on wsiada do swojego zielonego oldtimera, którym, jak opowiada, w tym roku przejechał już trzy tysiące kilometrów po Alpach z kolegą. Odjeżdża z hukiem mocnego silnika.
Do zobaczenia, niespożyty kłębku energii i optymizmu. Stawaj jak najczęściej innym i nam na drodze. Potrzebujemy tej lekkości.