Po co jechać do Iranu?
- zapytała urzędniczka celna, gdy usłyszała odpowiedź na pytanie, dlaczego nie mam ESTA, tylko wizę.
Dwóm towarzyszom podróży podziękowała i kazała iść dalej, sama wychodzi z budki i prosiła, żebym poszła za nią. Zaprowadziła mnie do dużego biura pilnowanego przez policjanta, gdzie jej uzbrojony kolega siedzał przed komputerem. Oddała mu mój paszport i odeszła.
Po długiej ciszy przerywanej lekkim stukaniem w klawiaturę, urzędnik poprosił o bilet lotniczy i zapytał, jak długo zamierzam tutaj zostać. Uśmiechał się przy tym przyjaźnie. Odpowiedź najwyraźniej go zadowoliła. Podał mi paszport i żółtą karteczkę, którą miałam oddać policjantowi przy wejściu. Tak na wszelki wypadek, gdyby przyszło mi do głowy oddalić się bez pozwolenia:)
Oczywiście pojawiły się myśli, że mogę mieć problemy, że mogą mnie zawrócić. Czytałam wiele takich historii, odkąd Trump został prezydentem. O tym, że co niektórzy wylądowali w więzieniu, że urzędnicy kupowali bilety powrotne, że potrafili być bardzo niemili.
Jednak ani w tamtym momencie, ani w żadnym innym nie poczułam nic nieprzyjemnego, czy nieprzyjaznego. Wprost przeciwnie. Uśmiech, uprzejmość, gotowość pomocy i często słowo: welcome.
Reszta towarzystwa nerwowo przebierała nogami w hali i ucieszyła się nadzwyczajnie, gdy ukazałam się zza rogu.
Od odbioru bagażu zaczęliśmy naszą amerykańską przygodę.