Spektakularny wjazd do Moritzburga to błyszcząca w słońcu tafla jeziora i rozżółcone ściany pałacu myśliwskiego z XVI wieku, zachwycającego w tej scenerii i jednocześnie ją tworzącego.
Jak on się prezentuje! Szaleństwo i robienie wrażenia opracowane niemal do perfekcji! Woda rozlana wokół pałacu już po przebudowie dodaje zwyczajnej pikanterii temu obrazowi. Człowiek się tuli: od napływu uczuć i myśli, przed napływem refleksji i marzeń. Nic, tylko iść, ciągle iść w stronę tego bombastycznego, zawieszonego na zastoisku, pierwotnie jako zwykły pałacyk myśliwski służącego, budynku.
Zaczynając od piwnic, które, tworząc stary kompleks tuneli nieudostępnionych do zwiedzania, przywołują na myśl początkowy domek myśliwski o lekko brzmiącej nazwie Dianenburg (Zamek Diany). Wybudowany w latach 1542-1546 na zlecenie księcia Maurycego (Moritza) Wettyna, przekształcany systematycznie w pałac, osiągnął swoją kwadratową, symetryczną formę po przebudowie na zlecenie Augusta II Mocnego, który nie tylko tutaj polował, ale przede wszystkim urządzał biesiady. Zapraszano tylko tych, którzy naprawdę jedli i pili . Od 40 do 100 potraw, które wnoszono na stół, musiało znaleźć, nazwijmy to, nabywców. Prawdobodobnie większość z czytelników odpadłaby w przedbiegach i do królewskiego stołu nigdy nie zasiadła, oszczędzając sobie w ten sposób być może nie tylko zdrowia cielesnego, ale i duchowego...
W piwnicach jest nastrojowo, świece rozświetlają stare sklepienia, a po kątach porozstawiane są eksponaty do odrestaurowania lub odkurzenia. Labirynt przenikliwie zimnych pomieszczeń, od czasu do czasu przeszywający ziąb. Za to uroczyście, gdyż wyjątkowo blisko serca, już ledwie słyszalnego w echu minionych epok.
Nad piwnicami dominują cztery krągłe i grube wieże, z których każda pełniła swoją dostojną i ważną rolę: północno-wschodnia - kuchenna, północno-zachodnia - piekarska, południowo-wschodnia - urzędnicza, a południowo-zachodnia - myśliwska. Cały pałac związany jest z łowiectwem, ze śmierci zwierząt świętowaniem. Resztki ich rozstrzelonych ciał do dziś rozsypane, rozstawiane, rozklejone w 200 pomieszczeniach, które się tutaj znajdują. Hedonizm upojenia i najedzenia, popychany żądzą krwi i smakiem zabitego ciała.
Pokój miliona pawiowych, perliczkowych, kaczych i bażańcich piór, tworzących baldachim i zasłony w wystawnej sypialni naszego króla Augusta. Na samo jego łoże zużyto ponad milion pofarbowanych piór!
Sala kamienna z porożami reniferów i łosi oraz jednym „wyjątkowym” prezentem od cara Piotra Wielkiego – porożem wymarłego jelenia olbrzymiego, mającego około 10 000 lat i pochodzącego prawdobodobnie z Krymu, uważanego za największe na świecie.
Sala Osobliwości prezentuje 39 patologicznie zniekształconych poroży, z których jedno znów cieszy się sławą – wieniec 66-punktowy. A wszystko rozwieszone na skórzanych tapetach wymalowanych przez Lorenzo Rossiego motywami Diany.
Sala bilardowa kryje monumentalne obrazy ze skóry...
W takiej scenerii bawiono się i jedzono. Schody do kuchni musiały zostać wypełnione na środku, tak bardzo zużyły się od biegania służby w górę i w dół. Jako zastawa służyła oczywiście porcelana miśnieńska, ale też chińska i japońska. Do tego meble lakierowane, przepychem rażące, obrazy i portrety ludzi, ale i zwierząt, na przykład jakiegoś białego (proszę mi wybaczyć, w przerażeniu nie zapamiętałam jego nazwy), które sprowadzono i hodowano w Moritzburgu tylko i wyłącznie dla jego...ogona. Niedlugo zreszta, i na szczęście, zwierzę się do klimatu nie zaadaptowało.
Na poddaszu można ochłonąć i odetchnąć od zobaczonego i usłyszanego. Drewniana konstrukcja podtrzymująca wiszące i wciąż dzwoniące dzwony przypomina kadłub statku. Pachnie kurzem i lasem, a gdy otworzy się jedno z wielu małych okienek, by wychylić się do słońca i zrobić zdjęcie okolicy, rój much trzepocze się w akcie szturmu tuż przed zaskoczoną twarzą.
W zamku znajduje się również domowe zwierzę, które strzeże go uczciwie i groźnie właśnie na poddaszu – smok, jakby nie było, zielony. Wygląda łagodnie i trochę na znudzonego. Kto wie, kiedy ostatni raz musiał być aktywny. Być może omiótł jedynie wzrokiem, a nie ogniem, Kopciuszka, który zgubił tutaj swój bucik? Do dziś tkwi on (but, nie Kopciuszek) na jednym ze stopni, pieczołowicie obfotografowywany przez szukających swojej damy zawoalowanych księżąt. Co niektóre niewiasty są wyraźnie zmuszane do obuwniczej przymiarki, co z reguły odbija się niekorzystnie na wyrazie ich kobiecych, ale i męskich twarzy;-)
Na osłodę i dla trochę wyrywkową amnezję można sobie po pałacowej wizycie zafundować jeden z wielu saksońskich przysmaków: Quarkkäulchen. Usmażone z twarożku i słodkich ziemniaków (batatów) placuszki, zaserwowane z jabłkowym musem i bitą (niesłodką!) śmietaną, odpędzają barokowe wspomnienia i tajemnice, które, jako takie ciekawe, jednak nie zawsze warte są poznania.