Jakie dwie piękne nazwy – Gützkow i Tützpatz! Jakie figlarne, zabawne, słodko brzmiące i tak samo miękko układające się w ustach, obiecujące lekkość lata, rozgrzanie sierpnia, słodycz dźwięku i oka przymrużenie.
Nie podejrzewa się języka niemieckiego o takie możliwości. On przecież ma być twardy i hardy, nieokrzesany. Tymczasem jest jak góry na horyzoncie, które z daleka kłują oczy szczytami i kanciastością, lecz gdy się w nie wejdzie, potrafią zaskoczyć miękkością krajobrazu.
Obydwa zamki zostały zaprojektowane prawdopodobnie przez tego samego architekta. Barokowe, zamaszyste, naturalnie wpisane w krajobraz. Obydwa należały początkowo do rodziny von Maltzahn. Dwór w Gützkow oddano w 1579 roku w zastaw księciu meklemburskiemu, a w 1692 sprzedano Lorenzowi von Blücherowi. Obecny zamek wybudował w 1777 roku Adam von Blücher, który wygrał czternastoletnią batalię sądową o posiadłość. Później zmieniał właścicieli, wracał do dawnych. Ostatni z nich, rodzina von Sydow, zmuszona była opuścić go w 1945 roku.
Dwór w Tützpatz powstał w 1779 roku z inicjatywy Karla Friedricha von Linden, po przejęciu dóbr od rodziny von Maltzahn. Jego spadkobierca, Georg Christian von Heyden, przyjął nazwisko Heyden-Linden. Ta rodzina pozostała właścicielem zamku aż do wywłaszczenia w 1945 roku.
Przy Gützkow niemiejemy z wrażenia. O ile widok od strony wejścia zasłania zamknięta brama wjazdowa, o tyle z tyłu, poza żywopłotem, na który można się wspiąć, nic już nie przesłania obrazu. Ogromna połać parku, alejki, geometryczny porządek krzewów, staw zamykający perspektywę i portal z herbem rodziny von Blücher. Wszystko wyremontowane, zadbane, niemal zbyt doskonałe jak na miejsce zamknięte na cztery spusty. Zamek nabył wprawdzie potomek rodziny von Maltzhan, który wyremontował pobliskie
Ulrichshusen i stworzył w nim prężnie działające centrum turystyczno-kulturalne, jednak Gützkow najwyraźniej nie ma podobnego szczęścia.
Przy Tützpatz niemiejemy z samej siły wyobraźni. Z tego, czym mógłby być, gdyby tylko ktokolwiek się nim zajął. Z tego, jaką energią wciąż emanuje mimo dewastacji, zdartego tynku i zamurowanych okien. Jakby sama nazwa była wystarczająca. Jakby drwił z powierzchowności, ufając wyłącznie sobie.
Wierzmy nazwom. Intuicyjnie prowadzą przez życie, niosą pamięć i obietnicę zarazem. Czasem wystarczy je wypowiedzieć, by coś się poruszyło: ciekawość, troska, chęć powrotu. Gützkow i Tützpatz trwają, cierpliwe i uparte, czekając na moment, w którym ktoś je usłyszy. I zostanie.