Spotkałam życie – tuż na jego początku i tuż przed jego końcem.
W sercu parku Villa Borghese, w muzeum Pietra Canonici, artysta zaklął czasoprzestrzeń między nicością a śmiercią.
Połowa, którą znamy.
Spotkałam wypełniającą tę połowę treść. Subiektywną. Wynikającą z życiorysu, pracy, doświadczenia, epoki. Doświadczenia tylu z nas.
Spotkałam artystę Pietra Canonicę (1869-1959), który dla możnych swojego świata tworzył portrety i pomniki. Jego klientami były europejskie dwory królewskie oraz carska Rosja.
Spotkałam jego codzienność, trywialność mijanych godzin – meble, pamiątki, krzesła, stół, nie wiadomo czy przeczytane książki.
Spotkałam Fortezzuolę, czyli „małą fortecę”, w której artysta zamieszkał po przyjeździe do Rzymu w 1922 roku. Za tę możliwość zobowiązał się wobec miasta Rzym przekazać swoje dzieła i kolekcje, by po jego śmierci powstało tam muzeum.
Życie we własnym, choć jeszcze nie istniejącym, pomniku. Egzystencja zaaranżowana na przewidywalną wieczność.
Paradoksalnie osiadł na długie lata w budynku, który rodzina Borghese wykorzystywała w XVIII wieku do hodowli strusi, pawi i kaczek. Zwierzęta potrzebne do polowań. Każdego dnia doglądane przez człowieka, który w końcu wyprowadzał je na krótką wolność. Zaaranżowany kres ich śmiertelności.
Co krok – wzruszenie i przerażenie faktami nieuchronności zaklętymi w rzeźbie.
Na jego kanapie umościła się głowa kobiety. Bez reszty ciała zdaje się napawać miękkością materiału. Nieoczekiwaną zmianą pozycji. Jej ręka przytrzymuje usta, a oczy wytrzeszczone są w niebo.
Chociaż go nie ma.
Jest sufit teraźniejszości.
Zastygła poza doczesności.
Spotkałam życie w miejscu, które opuścił człowiek, który żmudnie przekuwał jego kadry w nieruchome kształty.
Zatrzymał je tak, jakby za chwilę miały się poruszyć. Jakby jeden ciepły oddech odczarował umowność ich istnienia.