Promienie porannego słońca zmieniają kształty gwiazdy miękkimi liniami i łagodnością świetlnego załamania. Lekko i trochę mgliście, ale jednak z przejrzystością krystalicznej poświaty, wyłania się Wenecja październikowego poranka 2014 roku. Opustoszała niesłychanie, tylko paru zapalonych turystów-fotografów i zamiataczy raczy ją swoją obecnością. Wszystko lśni mgłą rodzącego się nowego dnia. Jest fantastycznie!
Władza, siła i piękno – jak inaczej opisać Pałac Dożów na placu św. Marka, witający swoją niepowtarzalną formą i architektoniczną urodą wszystkich przybywających do Wenecji? Ratusz, sąd i siedziba doży w jednym. Pozbawiony wszelkich fortyfikacyjnych elementów, głosił tym samym pokojowe nastawienie i współżycie swoich mieszkańców – już od około XIV wieku. Najpierw stał tutaj bizantyjski zamek, później powstała, w 814 roku budowla, obronna, którą od XI wieku zaczęto przebudowywać. Przez Porta della Carta, pod wizerunkiem błogosławiącego św. Marka z lwem i klęczącym przed nim dożą Franceskiem Foscarim, symbolem podporządkowania państwu, przechodzi się na dziedziniec z 36 kolumnami, dziś zagłębionymi w ziemi o 40 cm. W minionych czasach pałac sprawiał wrażenie jeszcze wyższego i dostojniejszego niż dziś.
Pałac zachwyca i oszałamia – swoją historia, pompatycznością, detalem, kolorem i rozmachem. Trzy piętra, a na każdym można stracić dech i zapomnieć o całym otaczającym świecie. Historie niepomierne, eksponaty wyjątkowe, tłumy nieprzebrane zwiedzających.
Jako ratusz zapewne onieśmielał petentów, dla których znaleziono jednak łatwe rozwiązanie. Bocca del Leone, paszcza lwa, do której anonimowo można było wrzucać donosy na nieprzestrzegających prawa współobywateli. Zarówno dziedziniec, jak i pierwsze piętro były dostępne dla mieszkańców.
Jako sąd przytłaczał – przed licznym kolegium sędziowskim oskarżeni i ewentualni świadkowie ginęli, co widać na wystawianych obrazach.
A doża...Był pełen tajemnic, niedostępny i otoczony przepychem. Na początku istnienia państwa miał niemal nieograniczoną władzę, później sukcesywnie ją ograniczano, dzieląc się nią z coraz liczniejszym gronem członków Wielkiej Rady. Odmówić wyboru na dożę nikt nie mógł, wypłata była skromna i raczej nie wystarczała na wszystkie wydatki związane z urzędem. Do tego władca musiał płacić podatki jak wszyscy. Prywaty uprawić nie mógł, więc aby w ogóle nim zostać, trzeba było wnieść do urzędu własny majątek. Teoretycznie dożą mógł zostać każdy Wenecjanin, w praktyce zostawali nim tylko bogacze.
Doża mógł opuścić pałac tylko w sposób uroczysty, a za granicę wyjechać za zgodą członka Małej Rady, za wyjątkiem czasu wojny. Wszelkich delegatów mógł przyjmować w obecności Collegio, a korespondencję zagraniczną mogła czytać Rada. Listy krajowe doża czytał w jej obecności. Jego własne listy, podobnie jak wszelkie zarządzenia, nie mogły opuścić pałacu bez podpisów co najmniej czterech radnych. Synowie i wnukowie doży mogli obejmować tylko i wyłącznie weneckie posady, a na małżeństwa z córkami cudzoziemskich książąt musieli uzyskać zgodę Rady.
Wędrując przez kolejne pomieszczenia, więzienne cele i monumentalne sale, mijając eksponaty, które choć wiele widziały, milczą i trwają niewzruszenie na swoich pozycjach niemych świadków, czasem boję się zadrzeć głowę, spojrzeć w prawo czy lewo, przystanąć przed obrazem. Nie ogarniając tego wyjątkowego świata, już teraz tego żałuję. Godzina czy dwie to za mało, liczni zwiedzający niepożądani, a przewodnik zbyt pospieszny i powierzchowny w próbie przybliżenia tego bogactwa.
Pałac Dożów nie zmienił swojego charakteru, choć pozornie odarto go z tajemniczości i otwarto niemalże każde drzwi. Wciąż pozostaje niepokonanym i nieodgadnionym symbolem władzy, siły i piękna.
P.S. Przewodniki błędnie podają, że na drugim piętrze, w Sala del Maggior Consiglio, znajduje się największy obraz olejny świata „Raj” Tintoreto. Nasza przewodniczka uczciwie przyznaje, że jeszcze większy od tego znajduje się tutaj:
opis