Czasem można się zdenerwować. A może oburzyć. A może zwyczajnie zauważyć, że czegoś na świecie brakuje. I zmienić ten stan, nawet jeśli wszystko wokół na początku tej zmiany nie zauważa i ją ignoruje.
Niejaki Eberhard Roters nigdy nie zobaczył dzieła swojego życia pod stałym dachem. Gdy w 1975 roku zakładał wraz z innymi, jemu podobnymi, berlińską sztuką zainteresowanymi, prywatne stowarzyszenie, pewnie po cichu marzył o stałej placówce, która stanie się nieodłączną częścią kulturalnego życia miasta. Jednak aż do jego śmierci nie znalazła ona swojego miejsca, mimo że rozwijała się pomyślnie. Najpierw prywatne muzeum mieściło się w biurze dzielnicy Charlottenburg, a wystawy odbywały się w między innymi w
Akademii Sztuk Pięknych albo w Nowej Galerii Narodowej. W latach 1978-1986 znalazło siedzibę w byłym kasynie przy Jebensstrasse, niedaleko dworca ZOO, a od 1986 roku - w Martin-Gropius-Bau. W 1994 roku budynek zamknięto z powodu remontu i Berlińska Galeria znów stała się bezdomna. W tym samym roku, 31 sierpnia, zmarł jej założyciel. Dopiero dziesięć lat później zalazło się stałe miejsce dla wymyślonego przez niego muzeum sztuki w Berlinie. 22 października 2004 roku galeria zadomowiła się na dobre w dawnych szklarskich magazynach przy Alte Jakobstraße, zajmujących powierzchnię 4600 m². Do dziś w sąsiednim budynku działa zakład szklarski.
Berlińska Galeria oficjalnie nazywa się Landesmuseum für Moderne Kunst, Fotografie und Architektur (Krajowe Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Fotografii i Architektury), jednak nikt jej tak nie nazywa. A my odwiedzamy ją, nie kończąc jeszcze zwiedzania muzeów zaczynających się na literę A, z bardzo błahego powodu. Galeria cieszy się sporą popularnością, podobnie jak organizowane w niej wydarzenia. Ponieważ staramy się, by w naszym muzealnym projekcie uczestniczył najmłodszy syn, próbowaliśmy dostać się na jeden z warsztatów dla rodzin. Niestety, według strony internetowej wszystkie miejsca były zarezerwowane aż do stycznia. Istniała jednak możliwość wpisania się na listę oczekujących, gdyby jakieś miejsce się zwolniło. Udało się. Otrzymaliśmy maila z informacją, że właśnie dzisiaj możemy wziąć udział w rodzinnym zwiedzaniu wystawy z przewodnikiem.
Same okolice galerii są …. galerią pod gołym niebem - „Sztuka – miasto – przestrzeń”. Przy wejściu wita postać autorki jednej z czasowych wystaw. Postać-duch. Przewodniczka trochę się spóźniła dając nam możliwość nie tylko nacieszenia się okolicą, ale i skosztowania pysznej kawy w muzealnej kawiarni. A potem było już tylko pięknie. Galeria przywitała nas biciem serca Alicji Kwade, przed chwilą widzianej jako duch (notabene urodzonej w Katowicach i już przez nas poznanej w
Bunkrze Boros, studiującej i do dziś mieszkającej w Berlinie ). Niesamowita instalacja „In Abwesenheit” („Pod nieobecność”) to autoportret artystki. Dwadzieścia cztery szklane ampułki z chemicznymi pierwiastkami w czystej formie, z których składa się ludzkie ciało, kod DNA Alicji wydrukowany na 314 tysiącach stron i ułożony w spiralę z iPhone'ów oraz ogromna czarna obręcz z dwudziestoma czterema głośnikami, z których dobiega bicie serca artystki. Miarowe tętno słychać w każdym innym pomieszczeniu galerii. Spotkanie z samym sobą: dwadzieścia cztery ampułki, genom i około dziesięć trylionów komórek. Niepojęte laboratorium, a potem skomplikowane ciała, wyjątkowe charaktery i niekończące się, indywidualne historie każdego z nas. Iluzoryczne poczucie inności, prozaicznie niezauważalnie wyciągane od nas dane. Wszystko u wszystkich prawie identyczne, podlegające nie tylko upływowi czasu, ale i współczesnej technologii, która sprowadza nas do sterowalnych obiektów. Bezlitosne zwierciadło artystki wizualnej.
Przewodniczka prowadzi nas potem na drugą wystawę czasową, poświęconą szwajcarskiemu malarzowi Ferdinandowi Hodlerowi (1853-1918), jednemu z najsłynniejszych malarzy szwajcarskich XIX wieku. Jego droga do sławy wiodła właśnie przez Berlin, gdzie wystawiał ponad pięćdziesiąt razy. Przewodniczka informuje nas, że za chwilę zobaczymy obraz, który w 1890 roku wywołał skandal w Genewie. Oburzano się na widok nagich ciał, które zdawały się odpoczywać po orgii. Trochę zdziwieni spoglądamy na towarzyszące nam dzieci, ale przewodniczka uśmiecha się lekko. Najpierw otrzymujemy zadanie do wykonania, które cieszy najmłodszych uczestników. Potem przyglądamy się mocnym postaciom, landszaftom, portretom, a gdy docieramy do skandalicznego obrazu, już wiemy, że skandal był na miarę XIX wieku. W naszych czasach nikt pewnie nie zwróciłby na niego żadnej oburzonej uwagi.
Przewodniczka żegna się ze swoimi gośćmi, a my idziemy jeszcze zobaczyć stałą wystawę „Sztuka w Berlinie 1880-1980”. Około 250 obrazów, grafik i fotografii powstałych na przestrzeni stu lat w niemieckiej stolicy - a wciąż słychać bicie serca Alicji Kwade. A może to serce berlińskie? Parę ruchów pędzla, dłoni, ułamek myśli w artystycznej głowie? Tej, która swoje uczucia wylewa na materiał w najróżniejszej formie, i tej, która chce te materiały jak najlepiej zachować - na zawsze. Skandal, który blaknie, i bicie serca, które kiedyś ustanie. A my jesteśmy gdzieś pośrodku.
Berlinische Galerie
Alte Jakobsstraße 124-12
10969 Berlin
czynna od środy do poniedziałku od 10.00 do 18.00
bilety:
normalny 10€
zniżkowy 6€
dzieci i młodzież do 18 roku życia wstęp bezpłatny
zwiedzanie z przewodnikiem w cenie biletu