Geoblog.pl    mamaMa    Podróże    Jestem w podróży...choćby tylko w głowie 2018    Echo w duszy (miejsca opuszczone)
Zwiń mapę
2018
10
sie

Echo w duszy (miejsca opuszczone)

 
Niemcy
Niemcy, Lychen
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 9781 km
 
Przeciskając się pod ogrodzeniem stoimy jak zaczarowani na terenie, który też wydaje się nam być zaczarowany. A raczej zaklęty w krople czasu, który zastygł i trwa w przemijającej teraźniejszości. Budynki romantyczno-książęce, z gracją i powabem znoszą udrękę losu. Po części opuszczone, po części z profanacją w hotelowe pokoje zamienione wiją się pomiędzy uzdrowieniem a konania momentem. Wydane na świat z powodów chwalebnych, dogorywają z podniesionym czołem nadziei. Boję się w nie wejść, przekroczyć tę linię przeciętą historią, która nieubłaganie toczy swoje koło. A gdy już to robię to jakby muślin pięknej próżni mnie dotknął. Nie odrapane ściany, a świadkowie ozdrowień, nie próchniejące deski, a parkiet tańca istnienia, nie sypiące się schody, a platforma dla siły dziecięcych nóg. Lekko i przyjemnie, z powiewem wiatru i braku świadomości. Od jednych otwartych drzwi do drugich, z jednego piętra na następne, byle więcej pola dla wyobraźni i duszy odczuć nienazwanych. A na końcu ogarnąć wzrokiem i odejść w wieczoru wnętrze, świętować czas, obecność, przeznaczenia niewiadomą.

Potem się dowiedzieć. Przerazić duszy oddźwiękiem.

Sanatorium zapragnął doktor Gotthold Pannwitz i nazbierawszy składek zakupił ponad dziesięć mórg ziemi na skraju miasteczka Lychen, by postawić najpierw baraki, a potem cały kompleks sanatoryjny do leczenia tuberkulozy u dzieci i kobiet, jak i rekonwalescencji po niej. Gdyż Pannwitz był lekarzem o szerokiej perspektywie przewidywania i nie tylko wysoko cenił wpływ słońca, czystego powietrza i zdrowego jedzenia na męczonych chorobami pacjentów, ale planował ich czas po chorobie. Zdrowy czas. Przy sanatorium powstały więc szkoła ogrodnicza oraz gospodarstwa domowego, jak i baseny, pomimo szczodrej obecności siedmiu jezior w okolicy. Czerwony Krzyż przykładał finansową rękę do prowadzenia zakładu leczniczego, a 30 łóżek rozrosło się do 500 w lecie i 300 zimą. 22 czerwca 1911 roku sanatorium odwiedziła koronowana głowa, królowa Prus, Augusta Wiktoria ze Szlezwiku-Holsztynu-Sanderburga-Augustenburga, a potem zjeżdżali się goście z całego świata – Polski, Dani, Ameryki, Argentyny, tutaj spędził swój urlop burmistrz Tokio, osobisty lekarz cesarza Chin czy książęca para z Grecji.

Gdy do władzy doszli naziści pomału odwróciła się ozdrowieńcza karta pomyślności. Rozwinęła się wprawdzie medycyna pourazowa, szczególnie słynne na cały świat leczenie łąkotki, przyjeżdżali więc olimpijczycy, co przyczyniło się do sławy miejsca jako sanatorium dla sportowców. Przebywała tutaj m.in. Dora Ratjen, zdobywczyni złota na mistrzostwach Europy w Wiedniu w 1938 roku, bijąca światowy rekord w skoku wzwyż wynikiem 1,70 m. W tym samym roku skończyła karierę jako sportsmenka, okazując się być mężczyzną.
Gdy jednak w 1935 roku kierownictwo nad placówką objął Karl Franz Gebhardt jakby czarna płachta rozpostarła się nad tym miejscem. Gebhardt był lekarzem SS i osobistym Heinricha Himmlera, który chętnie odwiedzał to miejsce, podobnie jak Rudolf Heß. Zagnieździła się koszmarna tkanka, rozrosła szaleńczą i niewiarygodną siatką zła, by znaleźć upust w stryczku norymberskich procesów. Lekarze demoni, sam Gebhardt, jak i drugi osobisty lekarz Hitlera Ludwig Stumpfegger, czy Fritz Fischer, Herta Oberheuser, Kurt Heißmeyer, którzy przeprowadzali eksperymenty na ludziach tutaj, w pobliskim obozie koncentracyjnym Ravensbrück i w Auschwitz. Szukali środka odkażającego rany (po ataku na generała policji w Pradze, Reinharda Heydricha, który zmarł w wyniku infekcji), eksperymentowali z sulfonamidem, gdyż penicylina w świecie odkryta, dla nazistów była niedostępna, jak i z transplantacjami kości, nerwów czy mięśni.
Na zewnątrz kinowe seanse w hali sportowej, zakładowe uroczystości tamże, wodne masaże na basenach i rozsuwający się w ciepłe dni szklany dach, apteka i stacja meteorologiczna, badająca wpływ pogody na chorobę, 25 tysięcy pacjentów w latach 1933-1942, rozwój infrastruktury w miasteczku, miejsca pracy, drugi dworzec kolejowy, a w środku jęk i skowyt męczonych niewinnych, brud i smród najciemniejszych zakamarków ludzkiej duszy. Gdy wojna się kończyła mieli ci lekarze próbować się ratować kooperacją ze szwedzkim Czerwonym Krzyżem. Nie udało się.

Na zakład leczniczy nie spadały wojenne bomby. Odstraszał je czerwony krzyż na dachu, a gdy przyszła Armia Czerwona oddano wszystko bez walki na pastwę dewastacji i plądrowań. Potem już Grupa Wojsk Radzieckich korzystała z części jako lazaretu, z innej jako porodówki, jeszcze innej jako mieszkań dla żołnierzy, a Poczta Niemiecka za czasów DDR przysyłała tutaj dzieci swoich pracowników na kolonie. 31 sierpnia 1993 roku ludzie opuścili sanatorium i wszystko zastygło. Zamarło i zagłuszyło echo przeszłości. I tak trwa do dziś. Po części. Dzięki obecności gości hotelowych jesteśmy niezauważalni. Poza dwoma Holendrami, którzy w piwnicy znaleźli ampułkę penicyliny z 1956 roku, nie spotykamy nikogo. Chociaż to źle powiedziane. Spotykamy jeszcze wietrzne ruchy niewidzialnych dla nas postaci, mgnienia istnień odczuwalnych, połyski czasowych zakrzywień. I nasze światu na pastwę wydanie.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (34)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (6)
DODAJ KOMENTARZ
zula
zula - 2018-08-15 21:53
Miejsce opuszczone opisałeś tak ,że wzbudziło moje zainteresowanie!
Zachwyciłam się dwoma zdjęciami...widok przez okno i schody w budynku! Brawo...wielkie brawo!
:)
 
Stock
Stock - 2018-08-16 07:47
A ja się zapytam czy to wszystko tak jest otwarte czy trzeba zardzewiale kłódki obcinac i furtki wywazac?:)
 
mamaMa
mamaMa - 2018-08-16 09:40
zula, dziekuje, szczegolnie za zainteresowanie:-)

stock, od strony ulicy jest maly plotek, przez ktory mozna spokojnie przeskoczyc. Te metode wchodzenia preferuje moj maz, twierdzac, ze nikt tej oczywistosci nie zauwazy. Jako ze ja czesto ze strachu protestuje dzielnie poszlismy dalej poszukac dziury, ktora znalazla sie za kaplica sw. Heleny (jest udostepniona do zwiedzania). Przeciskajac sie pod siatka weszlismy na teren bylego sanatorium, gdzie budynki sa otwarte, klodek brak, wiec niczego nie musielismy dewastowac. Wandalizmu nie popieramy i jesli sie nie da, nie wchodzimy:-) Musze jednak przyznac, ze ...zawsze sie da. Chocby male piwniczne okienko, przez ktore mozna sie przecisnac, sie znajdzie;-)
 
marianka
marianka - 2018-08-27 12:43
Podziwiam Waszą determinację! I cieszę się nią, bo powstają dzięki niej tak wspaniałe opisy. A klatka schodowa - majstersztyk!
 
mamaMa
mamaMa - 2018-08-27 17:06
marianko, to raczej ciekawość niż determinacja;-)

Dziękuję!
 
danach
danach - 2018-08-28 15:44
Zdjęcia z miejsc opuszczonych jak zawsze wspaniałe, dziękuję za Twoją ciekawość a dla mnie możliwość bezpiecznego oglądnięcia tych miejsc :)
 
 
mamaMa
Anna M
zwiedziła 17.5% świata (35 państw)
Zasoby: 1294 wpisy1294 5182 komentarze5182 19566 zdjęć19566 1 plik multimedialny1