Mówi, że w jego głowie od dawna trwa lot trzmiela. Tak określa swoje wizje, plany, koncepcje. Urodził się w czasach NRD, mieszkał w Cottbus, a Spreewald i Szwajcaria Saksońska były jego Alaską. Pierwszą firmę założył w wieku piętnastu lat. Organizował średniowieczne imprezy, zbierał złom, uprawiał żonkile, układał bożonarodzeniowe bukiety, które sprzedawał swoim nauczycielom. Zawsze miał pieniądze i zawsze je inwestował. Snuł plany, zasypiał z nimi, a we śnie doprowadzał je do perfekcji. Po przebudzeniu pamiętał już tylko, że było idealnie. Rodzice (obydwoje architekci) dawali mu wiele wolności, państwowy system znacznie mniej. Nie pozwolono mu studiować architektury krajobrazu, został więc ogrodnikiem i puszczał latawce. Tuż przed upadkiem socjalizmu dostał się na studia z projektowania gier, których jednak nie ukończył, wciągnięty przez średniowiecze i organizację jarmarków. Do dzisiaj natomiast kolekcjonuje … automaty do gier. Po upadku systemu założył istniejącą do dziś agencję Neuland Zeitreisen, zajmującą się organizacją imprez stylizowanych na różne epoki, festynów oraz bożonarodzeniowych jarmarków (m.in. tego słynnego w Dreźnie). Jako gastronom prowadzi restaurację na zamku w turyndzkim Leuchtenburgu oraz w saksońskiej twierdzy Königstein. Od ponad dwudziestu lat restauruje zakupiony zamek Thürmsdorf. Zorganizował w nim swoje sześćdziesiąte urodziny, a zaproszonych około tysiąca osób poprosił o jeden prezent - pieniądze na odbudowę zegarowej wieży. Jest zastępcą prezydenta europejskiej wspólnoty ekologicznych hoteli z siedzibą w Nassereith (Biohotels.de) oraz właścicielem jej internetowego portalu.
Sven-Erik Hitzer przyjeżdżał do Szwajcarii Saksońskiej najpierw z rodzicami, później sam. Wędrował szlakami, wspinał się, zdarzało mu się też nocować pod gołym niebem. Często bywał w Schmilce, ostatniej wiosce przed ówczesną czechosłowacką granica. Gdy wrócił w te okolice na początku lat dziewięćdziesiątych, przeraził się. Schmilka prawie opustoszała. Stary młyn, od dawna nieużywany, popadł w ruinę, a ponad połowa domów stała opuszczona. Jeszcze chwila, a wioska zamieniłaby się w lost place. Sven miał wizje. Dla niego to zapyziałe miejsce było jak planszowa gra. Jako pierwsze kupił stare schronisko, pomalował jego ściany kolorową farbą, posadził kwiaty i drzewa. Później dokupywał kolejne obiekty, a renowacje przeprowadzał ekologicznie, używając wyłącznie naturalnych materiałów. Powstało swoiste refugium. Młyn znów miele mąkę na potrzeby piekarni i cukierni, których wyroby trafiają do sto sześćdziesięciu gości (tyle jest łóżek do wynajęcia) i serwowane są w trzech restauracjach oraz dwóch kawiarniach. Klienci mogą je kupić na miejscu, a dostawcy odebrać po zamówieniu. Browar warzy piwo, a tuż obok parują cztery drewniane bale pełne gorącej wody podgrzewanej ogniem, w których miły czas spędzają goście, popijając bursztynowy trunek. Z góry przyglądają się temu ci, którzy wybrali zdrowe pocenie się w panoramicznej saunie. Inni spacerują wzdłuż Łaby, zaglądając do warzywno-ziołowego ogrodu zaopatrującego restauracyjne kuchnie, bądź pedałują na wynajętych rowerach czy pływają po rzece łódką. Prawie wszyscy korzystają z codziennego programu oferującego poranną jogę lub chi gong, medytację dźwiękową, literacki wieczór przy kominku, wykłady o naturalnych metodach leczenia, oprowadzanie po piekarni i browarze, kąpiele w piwie, wędrówki po okolicznych szlakach z latarkami, bądź oryginałem Michą, który przyznaje, że ma troje dzieci, po jednym z każdego rodzaju – chłopca, dziewczynkę i trolla.
Goście mają do wyboru dwa hotele, dwie wille, pięć pensjonatów i pięć apartamentów. Nie ma tu pracowników sezonowych. Aby przełamać stereotyp, że Szwajcarię Saksońską odwiedza się jedynie od Wielkanocy do października, i zapewnić pracownikom całoroczne zatrudnienie, Sven co roku zamienia Schmilkę w zimową wioskę z grzanym winem, adwentowymi koncertami, organizacją świąt Bożego Narodzenia i sylwestrową zabawą. Efektem jest doskonała, serdeczna obsługa, nie spotkaliśmy ani jednego pracownika, który choć przez chwilę miałby zły humor. Jeden z gości, bywalec Schmilki, stwierdził nawet, że wszyscy tutaj promieniują zadowoleniem.
W pierwszym ekologicznym hotelu Saksonii, willi Helvetia, na poddaszu można poddać się masażom i różnym innym zabiegom w gabinecie metod naturalnych. Każdy pracownik tego kompleksu ma prawo do bezpłatnych terapii wspierających zdrowie.
Brzmi jak bajka? I w istocie nią jest. Bajkowa jest wioska, bajkowa jest okolica, bajkowy jest program, sylwestrowa zabawa i domek młynarza, w którym udało nam się zdobyć ostatnie wolne miejsca. Notabene to podobno najstarszy budynek w Schmilce. Przez malutkie okienka obserwowaliśmy drewniane parujące gorącą wodą bale, z dołu docierał do nas słodki zapach pieczonego chleba i ciast. W szlafrokach wyskakiwaliśmy do sauny i na piwo, a śniadaniami i kolacjami nie mogliśmy się nacieszyć, ani najeść. Zamiast typowego hotelowego, hurtowego jedzenia serwowano regionalne specjały, ekologiczne i własnego wyrobu. Podobno Svenowi udało się namówić kilku okolicznych rolników do przestawienia produkcji na bio. Kolacja podawali kelnerzy - cztery dania, wykwintnie i rozkosznie.
Schmilka odzyskała duszę. Wioska, o której po raz pierwszy wspomina się w 1582 roku, przez stulecia tętniła życiem. Najpierw osiedlali się tu łabscy rybacy, flisacy, kamieniarze, węglarze i drwale. Od XIX wieku rozkwitła turystyka, a Schmilka stała się i pozostaje do dziś doskonałym punktem wyjścia do wędrówek po okolicznych szlakach. Bywali tutaj artyści i malarze, m.in. Casper David Friedrich i Carl Gustav Carus. Współcześnie przez wioskę przebiega słynna Ścieżka Malarzy (niem. Malerweg), licząca 116 kilometrów i podzielona na osiem etapów. Od lat trzydziestych XX wieku, gdy rozbudowano i przedłużono drogę do Czech, Schmilka stała się miejscowością graniczną, a co za tym idzie siedzibą celników i straży granicznej. Po upadku socjalistycznego systemu wielu stąd wyjechało. Aż pojawił się Sven. Dziś mieszka tutaj 66 osób, w tym jedno trzyletnie dziecki i dwoje nastolatków.
Svena można spotkać. Uśmiechnięty, postawny mężczyzna, energiczny i przedsiębiorczy. W prowadzeniu interesów pomagają mu żona i syn. Planuje przekształcić cały kompleks w fundację, aby nikomu nie przyszło do głowy przejąć ten projekt i zamienić w maszynkę do zarabiania pieniędzy. Oby trzmiel w jego głowie nigdy go nie opuścił.