Ponad sto lat produkcji.
Ponad sto lat pracowały maszyny i obsługiwali je ludzie. Ponad sto lat tętniło tu fabryczne życie. Codzienność, zawarta w niej powtarzalność ruchów, taśmowy rytm procesów, produkt końcowy oraz struktura dnia robotników. Kierownictwo zajmowało się nabywaniem surowców i zbytem, zliczało godziny i wypłacało pensje. Opłacało ubezpieczenia i szukało nowych pracowników, gdy starzy odchodzili na rentę. Sto lat efektu industrializacji i wyrównywania szans.
Na przełomie lat 1901/02 niejaki Richard Schmidt założył w sercu Szwajcarii Saksońskiej, nad rzeką Sebnitz, wytwórnię tektury. Wykupił teren dawnego młyna zbożowego i postanowił wykorzystać siłę rzecznego nurtu. Być może inspirowały go sukcesy rodziny Hoeschów? Leopold Hoesch, fabrykant z Westfalii, uczynił dwóch synów, Wilhelma i Alberta, współwłaścicielami huty stali Westfallenhütte w Dortmundzie, natomiast trzeciemu, Hugonowi, w ramach rekompensaty nabył w 1876 roku na przymusowej aukcji papiernię w pobliskim Königstein. Hugo rozwinął ją w kolejnych dekadach w jeden z najnowocześniejszych zakładów papierniczych w Niemczech. Mianowany w 1887 roku Królewskim Saksońskim Radcą Handlowym, Hoesch powołał następnie do życia fabrykę celulozy siarczanej w Pirnie, kolejną w sąsiednim Heidenau, a w 1905 roku trzeci zakład ponownie w Pirnie.
Wracając jednak do 1901 roku - początki fabryki tektury w Kohlmühle giną w mrokach dziejów nieudanej inwestycji i bankructwa. Zachowały się jedynie wzmianki o jej powstaniu oraz o przejęciu masy upadłościowej w 1906 roku przez spółkę Eduard Keffel AG, z Paulem Steinhäuserem jako dyrektorem. Co stało się z Richardem? Jak potoczyły się losy wizjonera, który postanowił wykorzystać siłę rzeki Sebnitz dla nowoczesnej produkcji papieru i który wzniósł fundamenty pod budynek – do dziś ikonę przemysłowej architektury? Spektakularnie zbankrutował. Fabrykę i cały jego majątek poddano licytacji przymusowej, co w tamtych czasach oznaczało ruinę osobistą i utratę społecznego statusu. Zniknął ze Szwajcarii Saksońskiej, a jego następcy, dysponujący większymi funduszami i lepszymi kontaktami handlowymi, spili z jego inwestycji śmietankę.
Eduard Keffel AG, która przejęła upadłą fabrykę, była spółką akcyjną prowadzoną przez wnuka założyciela – Eduarda. Nie interesował go papier, lecz budynki i dostęp do wody. Do zarządu spółki należał wspomniany już Paul Steinhäuser, który jako udziałowiec i dyrektor nowo nabytego obiektu przekształcił nierentowną papiernię w prężnie działający zakład produkcji ceraty i sztucznej skóry. Od 1921 roku rozpoczęto produkcję linoleum stołowego i drukarskiego, a w 1931 roku przejęto fabrykę tektur Planitz. Okres II wojny światowej to przestawienie produkcji na potrzeby wojenne dla fabryki samolotów Junkers w Dessau. Po wojnie sowiecka administracja zdemontowała maszyny.
Jutrzenka socjalizmu zabłysła również nad doliną rzeki Sebnitz. W 1948 roku fabryka stała się własnością publiczną, została zmodernizowana i rozbudowana. Od 1952 roku funkcjonowała pod nazwą VEB Linoleumwerk Kohlmühle, a od końca lat sześćdziesiątych XX wieku w procesie produkcyjnym wykorzystywano technologie z Niemiec Zachodnich. Wytwarzane produkty: wykładziny podłogowe o wysokim standardzie bezpieczeństwa oraz wykładziny PCV, były na wielu rynkach i dla wielu obywateli towarem pożądanym.
Gdy socjalizm zaszedł zmierzchem kompromitacji, firma zmieniła nazwę na Likolit Linoleumwerk Kohlmühle GmbH. Jednak pod koniec 2013 roku wszczęto postępowanie upadłościowe, a działalność zakończono oficjalnie w marcu 2014 roku. W maju 2015 roku gruchnęła wieść, że rzeka, której zakład przez długie lata zawdzięczał swoją egzystencję, została zanieczyszczona ftalanem dioktylu, produktem ubocznym produkcji wykładzin. Kilka miesięcy później, we wrześniu, straż pożarna musiała interweniować z powodu pozostawionych pojemników oznaczonych symbolem radioaktywnego promieniowania. W 2016 roku znaleźli się wprawdzie kupcy, którzy nabyli obiekt, szybko jednak go porzucili, gdy okazało się, jak ogromnych nakładów finansowych wymagałby remont.
I tak wspaniały zabytek industrializacji stoi opuszczony i malowniczo wpisuje się w nadrzeczny krajobraz doliny. Dokładnie taki, jaki powinien być - jego wnętrze stanowi fascynujący teren eksploracji: korytarze, ogromne hale, wieże, zakamarki, maszyny, resztki produkcyjne, farby, okna, schody. Odkrywanie duszy wizjonera i socjalistycznego pasożytnictwa, przedsiębiorczości zmieszanej z planem pięcio- czy dziesięcioletnim oraz nieopłacalną produkcją bez ładu i składu. Tchnie tutaj chemią, plastikiem i przeszłością. Co jakiś czas w oknach pojawiają się zielone, czyste krajobrazy przyrody. Każdy krok w głąb fabryki trzeszczy wspomnieniem setek ludzi, którzy przez ponad sto lat spędzali tu swój produktywny czas.
Podobno trwają prace nad projektem utworzenia w fabryce kulturalnego centrum. Oby jej się to wkrótce przydarzyło.