Białe tło i czarna kreska. Świat mojego dzieciństwa. Niejasna tęsknota za czymś, co z tych obrazków wyłaniało się jako świat idealny. Świat, w którym dobro jest nagradzane, a zło karane, w którym zawsze zwycięża sprawiedliwość. Świat utulenia w biedzie i bólu, przynoszenia ulgi, decydowania się na życie bez zawiści i zazdrości. Świat wybaczania i niepamiętania złego. Świat bez błota, brudu, śmieci. Kraina dobrych ludzi, którzy zawsze pojawiają się we właściwym momencie. Westchnienie ulgi i ciepło poduszki po lekturze.
Idealizowałam sobie na podstawie tych ilustracji okrutne przecież baśnie braci Grimm. Nie dostrzegałam brutalności, cieszyłam za to, gdy kogoś spotykała zasłużona kara. Nie wiedziałam wtedy, że ten świat istnieje naprawdę. Że to Hesja, gdzie mieszkał ilustrator Otto Ubbelohde. To krajobraz i architektura tego właśnie niemieckiego landu. Urodzony 1 stycznia 1867 roku w Marburgu, jako syn profesora prawa na tamtejszym uniwersytecie, Ubbelohde zdecydował się na studia na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Wypracował swój styl. Czarną kreską nadał scenom duszę, jej zamaszystość do dziś ożywia krajobrazy, bierze za rękę i porywa.
Mała dziewczynka w socjalistycznym kraju marzyła o krainie nakreślonej czarnym tuszem – o wioskach, landszaftach, ludziach i zwierzętach, które wydawały się inne, łagodniejsze od otaczającej ją rzeczywistości. Z tej kreski wyłaniała się czułość, a z przestrzeni między liniami – łagodność.
Dzisiaj idę do domu niemieckiego ilustratora i nie mogę uwierzyć, że tamten wytęskniony świat mam przed sobą. Że z każdym krokiem wchodzę w przestrzenie będące obietnicą mojego dzieciństwa, które niosły mnie przez siermiężność czasów, gdy dzieci, jak ryby, głosu nie miały. Stoję przed jego (niestety dziś zamkniętym) domem, spaceruję po ogrodzie, odwiedzam grób artysty i jego żony (notabene kuzynki) i odkrywam wioskę, której detale wryły się w moją pamięć. Spotykam kota, staję na moście, omiatam wzrokiem wiejskie gospodarstwa, wyobrażam sobie tutaj maj, ale i styczeń, zaglądam na podwórka szachulcowych domów i przystaję przed kościelnym portalem, który katapultuje mnie do dawno zapomnianych uczuć.
Baśń „Ubogi i bogaty” i ten jeden element, który wprawiał mnie w stan niemalże transu: co kryje się za tymi drzwiami? Nigdy wcześniej nie widziałam takich zdobień. Wejście do mojego kościoła było proste, a w Krakowie pewnie jeszcze wtedy nie bywałam. Na ilustracji z okna wychyla się mężczyzna, który wie, co jest w środku. Przed nim stoi drugi, lekko pochylony, z laską w jednej i kapeluszem w drugiej ręce. Pokora jednego, buta drugiego. Tyle niewypowiedzianych słów, emocji i domysłów. W oddali majaczy krajobraz, który przynosi ukojenie - nawet bez czytania baśni, wiadomo, jak ta scena się skończy.
Otto Ubbelohde w 1900 roku kupił w Goßfelden parcelę, na której wybudował dom. W latach 1900-1904 ukazała się seria jego ilustracji do baśni braci Grimm, a w 1907 i 1909 roku wyszły wydania jubileuszowe. Sam artysta pierwszą indywidualną wystawę miał dopiero w 1913 roku, a po śmierci 8 maja 1922 roku został niemal zapomniany.
Pierwsze pełne polskie wydanie baśni braci Grimm z ilustracjami Obbelohde ukazało się dopiero około 2010 roku. Skąd więc znała je mała dziewczynka? Nie wiem. Być może w czasopismach pojawiały się reprodukcje, a może miałam dostęp do oryginału, bo w dzieciństwie widziałam wiele starych książek. Pozostanie to pewnie na zawsze tajemnicą.