Gdy we wrześniu przypadkiem odkryliśmy
atelier Chris Schwinning, wiedzieliśmy, że musimy tu wrócić.
I wróciliśmy.
Cztery godziny w towarzystwie Moneta - jego ulubionych potraw, dziś przez nas odtwarzanych - i eterycznej malarki, której mąż raczył nas fragmentami najlepszej literatury. Doskonała dykcja, doskonała intonacja.
Najpierw zostaliśmy poczęstowani dwoma kawałkami ciasta z jadalnych kasztanów. Dopiero po chwili zaczęliśmy dostrzegać, gdzie się znaleźliśmy. Stara stodoła przerobiona na kuchenne atelier, z glinianym piecem i biblioteczką. Drewniana podłoga, drewniane deski pod sufitem, ceramiczne dzbanki i filiżanki, talerze i talerzyki, miseczki. Antyczne bibeloty, fotele z meksykańskimi kocami sarape, obrazy właścicielki, kafelki i kojące widoki z okien. Gra jesiennego światła i cieni. Stokrotki, pomarańcze i rozmaryn na stole.
Po degustacji wypieku i wysłuchaniu literackiego tekstu zakładamy fartuchy i zaczynamy gotowanie. Najpierw przygotowujemy zupę z kasztanów. Przepastne szuflady, które otwiera gospodyni, kryją mało znane przyprawy: galgant, korzeń bertramu czy polną miętę. Echo Hildegardy von Bingen, której przeogromna wiedza o naturze inspiruje do dziś.
W miedzianych misach mieszamy ciasto, na porcelanowych talerzach jemy dania, a z antycznych kielichów pijemy wodę filtrowaną sitowiem rosnącym w ogrodzie.
Łagodny głos Wolfganga prowadzi nas w późne popołudnie. Pierwsi goście powoli wychodzą, a my, zapatrzeni w biały piec, wokół którego gęstnieje jesienne światło, z trudem zbieramy się do wyjścia..
Brandenburskie refugium.