Rzym ostatniego dnia naszego pobytu jest różnorodny, barwny, smaczny i nostalgiczny.
Murale rozjaśniły, mimo smutnej historii, rzymskie niebo. Dały wiarę w pozytywne zmiany, w wychodzenie z najciemniejszych miejsc, choćby wcześniej było w nich bardzo niebezpiecznie.
Piramida Cestiusza uśmiechnęła się do nas egiptomanią z okresu pierwszego cesarza rzymskiego Augusta. Ostrosłup o wysokości 36,4 metra, wzniesiony w 12 roku p.n.e., to monumentalny grobowiec Gajusza Cestiusza, pretora, trybuna ludowego i członka kolegium epulonów.
Przepyszna kawa w Tram Depot, nad którą czuwała Madonna z Dzieciątkiem na ręku. Kakao z misiem dla najmłodszego, precyzyjnie wymalowanym ździebełkiem na lekkiej pianie. Miś wciągnięty z rozkosznym siorbaniem w siebie, w dziecięcy, niewinny świat pierwszych doznań smakowych i wizualnych.
Na Awentynie, w bazylice św. Sabiny, rozstawione na posadzce dziesiątki świeczek potęgują wrażenie sacrum. Za chwilę odbędzie się czuwanie wspólnoty z Taizé. Póki co można między świecami przejść, jakby były labiryntem prowadzącym medytacyjnie do spokoju skołatanej duszy.
Spokoju, który natychmiast po wyjściu z kościoła odbiera Fontana del Mascherone z maszkaronem okrutnie wpatrującym się w człowieka. Piorunująca mieszanka obojętności i spojrzenia, które przygważdża, przed którym nie ma ucieczki. Uznaje się go za młodszego brata słynnych
Ust Prawdy.
Ruiny pałaców cesarskich na Wzgórzu Palatyńskim i tor wyścigowy Circus Maximus. Miejsce narodzin miasta, miniony przepych i luksus cesarskich rezydencji oraz hipodrom. Kiedyś rydwany, dzisiaj ludzie i całe połacie ptactwa nad wszystkim.
I ostatnia włoska kolacja w jednej z niewielu restauracji, gdzie nie żądano coperto. Kelner za to wszedł na krzesło z żarówką i telefonem, żeby przybliżyć się do światła i odczytać jej moc. Ubrany jak należy, uprzejmy, przystojny. Może stoi tam do dziś i rozjaśnia sobie coraz bardziej niewyraźnym i mglisty świat?