Geoblog.pl    mamaMa    Podróże    Jestem w podróży...choćby tylko w głowie 2013    Marzenie "biednego dziedzica"
Zwiń mapę
2013
20
paź

Marzenie "biednego dziedzica"

 
Niemcy
Niemcy, Paretz
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 7912 km
 
Ciotki były oburzone – że skromnie, aż biednie, że niereprezantacyjnie, że tak nierzucająco się w oczy, że nie przystoi na książęcą parę, że kto to widział.
A książę Fryderyk Wilhelm (przyszły król Fryderyk Wilhelm III) i księżna Luiza tak sobie tę idyllę dla siebie wymarzyli i urzeczywistnili: z daleka od konwenansów i dworskich etykiet miało być jak najbardziej wiejsko i sielsko. Skromność, którą książę wyraził przy zatrudnieniu architekta Dawida Gilly: „Proszę zawsze pamiętać, że budujecie dla biednego dziedzica”.


Gilly się spisał ku radości książęcej pary (a nie ciotek) i zaprojektował wiejski pałacyk i wzorową wieś podporządkowaną jednak królewskiemu życiu. Zakupiony w 1797 roku za 85 000 talarów Paretz otrzymał nową gotycką fasadę w kuźni, odświeżony wygląd domów, gotyckość kościółka w parku, gdzie znajdowały się: japoński dom, grota, która służyła za piwnicę i ruina świątyni, wnosząca podniosłą, uduchowioną atmosferę. Pruski Biedermeier jako oszczędnościowa forma Empire - ucieczka od państwowych i politycznych obowiązków. Książę twierdził nawet, że bycie tutejszym dziedzicem byłoby wymarzonym zawodem, a księżna Luiza z przyjemnością pozwalała się tytułować jako„łaskawa Pani z Paretz”.

Ciotkom i tak się nie podobało. Nie pomogły nawet cudnej urody i kosztowne tapety ręcznie malowane w berlińskiej manufakturze: na ścianach zadomowiły się rajskie ogrody, rzadkie ptak, owoce, po które zdawało się, że można by wyciągnąć rękę, papugi i bażanty, bordiury z motywami dzikiego wina i bzu. Tapety zachwycają do dziś, cudem ocalałe po latach opuszczenia i niczym niezainteresowanego socjalizmu.

W samym pałacu życie książęcej pary toczyło się swoim miarowym rytmem – książę wstawał już o piątej, księżna polegiwała w łóżku i do południa, czytając prasę i delektując się filiżanką gorącej czekolady. Dziećmi zajmowały się niańki, a gospodarstwem służące. Jedna z nich zagubiła się w czasoprzestrzeni i krzątając po pokojach denerwuje się naszą obecnością otrzepując nie tylko gości buty, ale i garderobę, przy okazji krytykując ją za nieprzyzwoitość. Niezadowolenie z późnych odwiedzin wyraża głośno, pokrzykując, że musi jak najszybciej do łóżka, gdyż jutro też jest nowy, pełen pracy dzień i z takim marudzeniem oprowadza ponaglając na każdym kroku ze świecą w ręku po skromnych książęcych włościach. Dlaczego ciotkom się nie podobało to wnętrze, trudno odgadnąć, tapety same w sobie nadają mu niesamowicie wykwintnego wyglądu. Wprawdzie pokoje przechodne niezbyt duże, ale nie wolno zapominać, że cały Paretz był traktowany i używany jako letnia rezydencja.

Służka z ulgą żegna proszonych gości, a na dziedzińcu krząta się latarnik – codziennie o zmierzchu wychodzi z halabardą i latarnią na wieś, żeby doglądać ustalonego porządku. Od domu do domu, nasłuchując, wąchając (zapach prażonej kawy świadczył o przemycie), obserwując, spełnia rolę stróża i opiekuna w jednym. Na cmentarzu zdarza mu się zbierać pijanych jegomości, a spod kościoła przeganiać nieposłusznie unikające mszy dzieci. Od początku wsi do jej końca droga zawsze przebiega w pobliżu pokoju naszej służącej, która pomimo późnej pory czeka na niego z lampką obligatoryjnego grzanego wina. Lampek było więcej niż jedna, ale o tym nakazano nam milczeć...

Książęca para niezbyt długo cieszyła się tą sielanka, Luiza przybyła tutaj w 1810 roku wyrażając się patetycznie o słońcu i w jego postaci zawartym życiu, które niewiadomo kiedy może się skończyć. 19 lipca tegoż roku Luiza umiera w młodym wieku 34 lat, jej zrozpaczony małżonek rozkazuje wybudować gotycką, metalową, dziś nieistniejącą, bramę z literą L na środku, w miejscu, gdzie „jej stopa po raz ostatni dotknęła ziemię Paretz”, a w1833 roku ustala dekret, podpisany przez każdego mieszkańca, na mocy którego wioska miała pozostać w niezmienionym stanie, czyli takim, w jakim po raz ostatni widziała ją księżna.

Czy to się ciotkom podobało tego historia nie zdradza, faktem jest, że Paretz bardzo szybko po tym nieszczęśliwym wypadku stracił na swoim znaczeniu, a gdy liznął go język socjalizmu i kolektywizmu – niewiele z dawnej glorii na salonach zostało.
Dziś, ze znerwicowaną służką i niefrasobliwym latarnikiem, przypomina raczej siebie ze swoich początków – miejsce zasiedlone już w epoce kamienia, zamieszkałe później przez słowiańskich Wendów, którzy nadali mu nazwę Paretz – „po-reka” czyli przy rzece. Gwoli sprawiedliwości trzeba wspomnieć, że ta słowiańskość i dawna sielskość wioski harmonijnie przeplata się z odrestaurowanym pałacem, muzeum karet i zaangażowaniem pasjonatów historii, którzy żyją sławą i przeszłością tego urokliwego miejsca, marzeniem książęcej pary o prywatnym życiu w skromnym, ale za to swobodnym i naturalnie pięknym otoczeniu.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (6)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (3)
DODAJ KOMENTARZ
BoRa
BoRa - 2014-03-23 19:17
Pięknie opisałaś tę historię. Przeczytałam jednym tchem.
 
zula
zula - 2014-03-24 07:28
Prawda...opis śliczny.
Latarnika przenoszę do Bydgoszczy;)
 
marianka
marianka - 2014-03-24 13:27
Opis nawet bardziej poetycki niż miejsce. Sam romantyzm!
 
 
mamaMa
Anna M
zwiedziła 17% świata (34 państwa)
Zasoby: 1277 wpisów1277 5141 komentarzy5141 19179 zdjęć19179 1 plik multimedialny1