Geoblog.pl    mamaMa    Podróże    Jestem w podróży...choćby tylko w głowie 2016    Dzielnica imigrantów
Zwiń mapę
2016
23
paź

Dzielnica imigrantów

 
Niemcy
Niemcy, Neukölln
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 8718 km
 
Cieszy się złą sławą, szczególnie pośród tych, którzy nigdy tam nie byli – berlińska dzielnica Neukölln jest mieszanką piorunującą, którą trzeba koniecznie poznać na własną rękę. Już sama jej historia jest niezmiernie ciekawa. Kiedyś znajdująca się tutaj osada, założona przez templariuszy około 1200 roku, nazywała się Rixdorf ( nazwa jest używana do dziś). Wykorzystywana jako gospodarcze zaplecze zakonu została oddana w 1318 roku Joannitom po likwidacji templariuszy w 1312 roku. Ślady tej historii można odnaleźć w herbie dzielnicy, w którym zaklęty jest maltański krzyż.

Od IV wieku, gdy chrześcijaństwo zostało w Cesarstwie Rzymskim religią państwową, prześladowania ze względu na wyznanie stały się częścią rzeczywistości. To w 1737 roku Fryderyk Wilhelm I przyjął wypędzonych z Czech braci morawskich, czyli wyznawców protestantyzmu, pod niemiecki dach udostępniając właśnie Rixdorf jako schronienie przed prześladowaniami. I tak osada podzieliła się na część czeską i niemiecką (w 1805 roku ta pierwsza miała 319, a druga 376 mieszkańców), a sąsiedzi cieszyli się swobodą religijną, jak i autonomią z własnym rządem, od 1903 również herbem – krzyżem maltańskim i kielichem, jako symbolem morawskich uchodźców.

27 stycznia 1912 roku w 53-cie urodzin cesarza Wilhelma II przemianowano nazwę Rixdorf na Neukölln, gdyż ta pierwsza stał się w niedalekim Berlinie synonimem frywolności i lekkich obyczajów przyjemności. Być może urokliwe małe domki przy wąskich uliczkach sprzyjały się przyjaźnieniu i przy tym bawieniu, a być może, że słowiańskość popuszczała tutaj wodze rubasznych fantazji, z której to okazji korzystała pruska spolegliwość. Zmiana nazwy miała złamać nabyty charakter i obraz miejsca, co chyba się udało. Już 18 lat później Neukölln na skutek przyjętej ustawy o Wielkim Berlinie stał się częścią stolicy i jako odrębna dzielnica takim pozostał do dziś.

Nasza wybiórcza trasa rozpoczyna się na Hermannplatz, który jest nad wyraz spokojny dzisiejszego niedzielnego południa. Pomnik Tańczącej Pary złoci się w październikowym słońcu, a sam plac okazuje się być bramą do odwiedzanej przez nas dzielnicy: znajdujący się przy nim dom handlowy Karstadt należy jeszcze do sąsiedzkiego Friedrichshain-Kreuzberg.

Kierując się w stronę ulicy Karl-Marx-Str. należy koniecznie zatrzymać się przy kamienicy z numerem pierwszym i zadrzeć lekko głowę. Zależnie od szczęścia zobaczy się najpierw albo słodkiego barokowego aniołka, albo poważnego Marxa. Zdobienia jako jedyne cudem przetrwały drugą wojnę światową, podobno cały budynek był bogato zdobiony w czasach, gdy naprzeciwko istniał jeszcze największy i luksusowy dom towarowy tego miasta. Pozostał tylko ten trochę surrealny ślad, dodatkowo jeszcze miejscu temu dodaje pikanterii informacja, że po demonstracji 1 maja 1972 roku właśnie stąd rozpoczął zamiatanie wszystkich śmieci ulicy artysta Józef Beuys, które później użył do wystawy.

Maszerując w górę ulicy po prawej stronie napotykamy pierwszy z ośmiu cmentarzy Neukölln, który jako taki został w 1852 roku założony na potrzeby pobliskiego miasta Berlina, ale jeszcze przed jego wielkim rozrostem. Nastrojowy, szczególnie jesienią, teren pięknie ozdobiony złocistymi i rozognionymi liśćmi, ze starymi grobowcami, które w majestatycznej ciszy obiecują ulgę i wytchnienie. Najbardziej zachwycił mnie mały, kamienny, opleciony jesiennym listowiem krzyż. Przy tej śmiertelnej okazji myślę o Neukölln jako dzielnicy imigracyjnej, pełnej gastarbeiterów i uchodźców, którzy zaczęli się tutaj osiedlać po wybudowaniu muru. Dzielnica robotnicza, odcięta od świata, ale zachodnia, z niskimi czynszami stała się atrakcyjna dla ludzi, którzy przybywali do Niemiec bez dobytku, za to z nadzieją na poprawę losu. Jak wspomniałam na początku sława ta pozostała do dziś, przestępczość, brak perspektyw, domniemana islamizacja. Po pierwszym, przyznaję egzotycznym wrażeniu, gdy oczy przyzwyczają się do krzykliwości kolorowych reklam w językach tureckim czy arabskim szybko okazuje się, że pomiędzy nimi znajduje się sporo normalnych, a nawet dla muzułmanów nie na miejscu, sklepów z alkoholem bądź artykułami erotycznymi, a na jeden szyld z obcobrzmiącym nazwiskiem informującym o znajdującym się w budynku biurze bądź gabinecie lekarskim przypadają dwa, trzy, a nawet cztery z nazwiskiem niemieckim. Po sprawdzeniu okazuje się, że Neukölln zamieszkuje 15% ludności pochodzenia tureckiego i 10% arabskiego. I jak na tym cmentarzu tej inności nie widać, tak później w czasie całej wędrówki okazuje się, że społeczeństwo jest tutaj po części wymieszane, ale nie zdominowane.

Niedaleko stąd do znajdującej się naprzeciwko ratusza galerii handlowej Neuköllner Arkaden. Galeria przykładnie w niedzielę zamknięta, tzn. znajdujące się w niej sklepy, ale warto przełamać stereotypy i wjechać windą na piąte, parkingowe, piętro po czym pójść za wszystkimi jeszcze piętro wyżej. Już na parkingu ukazuje się zachwycający widok na całe miasto, ale na samym dachu galerii zaskoczy nas jego użytkowanie. Ogród tarasowy połączony z lokalem gastronomiczno-kulturalno-rozrywkowym Klunkerkranich, gdzie nie tylko można napić się pierwszego tej jesieni grzańca, bądź posłuchać muzyki, ale przede wszystkim ...pielić rabatki i przesadzać sadzonki. W weekend wstęp do 16-tej bezpłatny. W poniedziałki i wtorki zamknięte, ale w następne dni tygodnia można po pracy przyjść i podjąć ogrodowo-drinkową decyzję. Polecam!

Idziemy do Czeskiej Wioski. Idziemy mijając słynną Operę Komiczną, księgarnię biograficzną, lokale gastronomiczne słodko wyglądające, przepiękne kamienice i rodziny niemieckie spacerujące z dziećmi leniwie w ciepłym słońcu. Natrafiamy oczekiwanie, acz nagle na czeską sielskość w postaci małego miasteczka pełnego uroczych domków oplecionych żółknącą zielenią i kolorowymi chryzantemami, uliczki z kocimi łbami i zakamarki artystyczne, które wciąż od tylu lat się ze wszystkimi tutaj przybywającymi jednoczą. Fryderyk Wilhelm I stoi zadowolony z wydatnym brzuszkiem na piedestale i czuwa nad dawno już zgermanizowaną społecznością wygnanych Czechów.
Docieramy do ogrodu, po którym spacerują ludzie, a dla przybywających tutaj po raz pierwszy zdaje się on być nieosiągalnym. Trudno znaleźć bramę, a gdy w końcu się przed nią stoi, jest ona zamknięta. Dopiera uprzejmość wychodzących rozwiewa tajemnicę – należy wcisnąć mały srebrny przycisk i z lekkim świstem cały tajemniczy ogród im. Comeniusa stoi przed nami otworem.

W 1992 roku Republiki Słowacka i Czeska odwdzięczyły się za przyjęcie wygnanych w XVIII wieku rodaków pomnikiem Comeniusa, który to gest i obiekt stały się zarzewiem tego miejsca. Trzy lata później otwarty jest obrazową rekonstrukcją nauk tego wielkiego czeskiego pedagoga (który przebywał m.i.n. w Sárospatak). Jednak jedynie pomnik jest tutaj widocznym nawiązaniem do tego faktu, brak tablic informacyjnych, a wszelkie na ten temat wiadomości są przekazywane wyłącznie ustnie w wyznaczonych przez oprowadzających godzinach.

Ogród rozciąga się poza swoje płotem wyznaczone ramy rozpoczynając orzechowcem, a kończąc cmentarzem – jako symboliczne etapy ludzkiego życia (np. plac zabaw to szkoła matki, klub seniorów to szkoła mędrców, a cmentarz to szkoła śmierci bądź niebiańska akademia). Długa aleja, altanka, sadzawka, mostek, rabatki kwiatowe i...myjący się kot – ogród jest wyjątkowy w swoim wyglądzie zewnętrznym jak i znaczeniu wewnętrznym, których treści otwieraj się wyłącznie z pogłębieniem wiedzy na temat poglądów Comeniusa.

Uduchowieni, zadumani nad ludzkim losem i rozmarzeni sielskim obrazem czeskiego Rixdorfu idziemy do żwirowni. Pomiędzy ulicami Joans-, Schierker-, Selke- i Wittmannsdorfer Straße rozciąga się dół, który jest przepięknym neobarokowym parkiem im. Körnera (Körnerpark). Ten pan o imieniu Franz, właściciel istniejącej właśnie tutaj żwirowni, podarował teren miastu Rixdorf z jednym warunkiem – że powstanie park jego imienia. Notabene Franz zrealizował w wieku 65 lat swoje marzenia o podróżowaniu i w 1903 roku wyjechał wraz żoną na trzy miesiące do Egiptu, o której to eskapadzie napisał książkę pt. „Wyprawa do krainy czarów. Egipska podróż pewnego Berlińczyka”, wznowioną w 2011 roku przez wnuka. Wracając do parku istnieje on w przepięknej formie po dziś dzień z wodną kaskadą, fontannami, oranżerią, kawiarnią i galerią, brakuje jedynie pałacu, który pasował by idealnie do tej barokowej scenerii.

Po wyjątkowym w swej prostocie i smaku posiłku, który z łatwością tak w egzotycznym, jak i regionalnym wydaniu można w tej dzielnicy spożyć maszerujemy dalej, zaglądając po drodze na dwa stare cmentarzyska i mijając dziś zamknięty, a od 1884 roku istniejący sklep z artykułami dla magików – Zauberkönig. Założony przez głowę rodu wiedeńskich czarodziejów Józefa Leichtmanna, który podobno wyczarował czterech magicznych królów dla swoich czterech córek, zachwyca każdego, kto chce się oddać tajemnym mocom i żartobliwym gagom. Kawałek dalej trafiamy na hotel, który ma zadowolić turystę lubiącego prostotę i naturę, ale unikającego namiotu. Cube lodges to proste domki w formie drewnianych kostek, zaopatrzone tylko w najpotrzebniejsze podróżnemu rzeczy typu łóżko, nocny stolik, a na nim lampka. Od świata można odgrodzić się zasłoną, albo otworzyć szeroko oszklone drzwi wyciągnąć nogi na trawę. Prosto, łatwo i być może przyjemnie.

Wędrówkę po egzotycznie swojskiej dzielnicy chcieliśmy zakończyć na muzułmańskim cmentarzu, co się z braku nadciągającego wieczora tylko po części udało. Na cmentarz dotarliśmy, ale inny niż zaplanowany, były cmentarz dyplomatów, który założony w 1866 roku stał się cmentarzem tureckim, obok którego wybudowano meczet Şehitlik. Meczet wyłania się spektakularnie spomiędzy drzew oświetlony i oślepiająco jasny pobielonymi ścianami. Podobno jest miejscem otwartym dla wszystkich, każdy może wejść i obejrzeć wnętrze, z czego z różnych względów nie korzystamy, przede wszystkim nie sprawdzając, czy meczet o dość późnej porze jest otwarty. Atmosfera jest ciekawa – czerń nagrobnych płyt pogłębiona zmierzchem z niebywałą jasnością sporego budynku.

Trochę jak Neukölln – zła sława, która okazuje się być nie taka straszna, jak ją malują.




 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (77)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (3)
DODAJ KOMENTARZ
BPE
BPE - 2016-10-26 13:18
Zła sława wynika najczęściej ze statystyk kryminalnych, ale jak wszędzie - może się coś złego wydarzyć, ale nie musi ............ czasem w najlepszych dzielnicach spotka nas coś złego, a tam gdzie nie czujemy się podświadomie bezpiecznie - nic się nie dzieje........

Piekna opowieść - jak zawsze
 
danach
danach - 2016-10-26 23:14
Wspaniały spacer a w szczegolnosci gdy Ty go prowadzisz.Lubie takie miejsca dzieki :). Berlin czeka na swoja kolej !
 
marianka
marianka - 2016-11-20 19:34
A ja lubię takie dzielnice bardzo. Zwłaszcza, jak je tak pięknie odczarowujesz!
 
 
mamaMa
Anna M
zwiedziła 12.5% świata (25 państw)
Zasoby: 833 wpisy833 3360 komentarzy3360 9367 zdjęć9367 1 plik multimedialny1